Turyn okiem socjologa

Lecę właśnie z Turynu i zastanawiam się, co mogłabym o tym mieście ciekawego napisać? Historia miasta zdecydowanie wzbudza zainteresowanie, ale o tym można przeczytać w zasadzie w każdym przewodniku. Ja jednak opowiem Wam z mojej perspektywy i opisu mieszkańców o tym, jak się tutaj żyje.

Do Włoch przyjechałam w ramach programu Polityki Publicznej Europejskiej Jakości”, by rozwijać nie tylko swoją wiedzę z zakresu współpracy międzynarodowej i poszukiwaniu dobrych praktyk, by Fundacja KreArt nabrała tempa, ale również by poczuć atmosferę włoską w działaniu. Na marginesie nie zapłaciłam w zasadzie ani złotówki, także jak już pisałam kiedyś, bycie aktywnym procentuje!

Wizyta rozpoczęta w organizacjach biorących udział w projekcie YEPP zaskoczyła przejrzystością strategii ich działania, ale również zaangażowaniem społeczności lokalnych w inicjatywy. Dlaczego tak się dzieje tutaj, a w Polsce jest to niezwykle trudne? A jest to zasługa ogromnych tradycji i kultury Włochów, którzy celebrują swoje dobra, nie traktując ich jako modelowy system biznesowy. Urok ich rozmów, pasji we wszelkie podejmowanie aktywności faktycznie odzwierciedla ich temperament, co sprzyja różnym aktywnościom, obok picia wina 😛 Oni chcą dobra dla swoich pokoleń, choć sytuacja ekonomiczna jest na tyle ciężka, że młodzi ludzie mieszkają nadal ze swoimi rodzicami (nawet po 30stce). Starają się pomagać, zainteresować młodych, by pozostali w małych wioskach, na swoich terenach i dalej tworzyli tradycje tych regionów. I tak powstają lokalne grupy młodzieży angażującej się w rozwój swoich małych ojczyzn.

Przez 5 dni wsłuchiwałam się w historie o podejmowanych inicjatywach, ale również o codziennym życiu w Turynie. Miasto rozwinęło się znacząco, dzięki firmie FIAT (w mieście jest również muzeum produkcji Fiata, osobiście nie byłam, bo nie lubię łazikować po muzeach, ale ci co byli polecali zajrzeć), ale w społeczności doprowadziło do nierówności. Utworzyło się w mieście osiedle pracownicze, w którym obecnie mieszkają głównie byli pracownicy, osoby bez większych dochodów, co automatycznie mi kojarzy się z biedą (a słysząc komentarze mieszkańców, nie tylko mi się tak kojarzą). Powstała więc nierówność społeczna, która doprowadziła (podobnie, jak w wielu innych europejskich miasteczkach) do ucieczki wielu młodych ludzi za granicę, gdzie sytuacja ekonomiczna jest znacznie lepsza. Turyn boryka się więc z podobnymi problemami demograficznymi i społecznymi, jak inne miasta.

Spacerując z kolei po centrum spotyka się elegancko ubrane kobiety (z całą pewnością nie te z przedmieścia), na które aż miło się patrzy, mężczyzn, którzy w barach popijają dla odskoczni nie piwo, ale espresso, zaś wieczorami wino. Z boku wyglądało to bardzo elegancko, gustownie, na tyle, że aż samemu chciało się przynależeć do tej „arystokracji”. Więc wpadłam w wir pijania cappuccino po śniadaniu, które smakowało zdecydowanie inaczej od przeciętnego cappuccino, pijanego chociażby w Polsce.

Testowanie win według szlaku Barolo przypomniało mi na nowo, co oznacza picie wina… to moment na delektowanie się smakiem i wyrazistością, z poszanowaniem dla włożonej pracy w przygotowanie trunku. Ponieważ postanowiłam do świąt Wielkanocnych nie pić alkoholu, całe zasmakowane wino trafiło do kubełka, ale smak zdecydowanie wystarczył, by zakupić butelkę wina zrobionego z winogron, które zbiera się późną jesienią wraz z mgłą.

Zderzenie z tą tradycją, kulturą przyniosło mi wiele ciekawych pytań dotyczących właśnie rodziny. Fakt, iż oni są tak zakorzenieni w swojej kulturze, ale przede wszystkim rodzinie, wpłynął również na mnie. Zaczęłam się zastanawiać głębiej (niż dotychczas), czy to przypadkiem rodzina nie jest najważniejsza w naszym życiu? Czy podążanie za własnym szczęściem nie jest właśnie podążaniem za byciem z kimś, by nie czuć się samotnym? Podróżując bardzo tęsknię za bliskimi i w zasadzie na co dzień, będąc w wirze pracy, spotkań, itd. nie myślę o tym. Ale wystarczy, że moja siostra (tak… tak… moje 3 siostry cioteczne będą zawsze przeze mnie nazywane po prostu siostrami), żegna się ze mną po 3-dniowym spotkaniu po 3 miesiącach i łzy same napływają do oczu. Tęsknota za byciem z najbliższymi doskwiera i żal jest utraty czasu niespędzonego razem.

Stąd moje pytanie do Was: jak Wy postrzegacie swoje podróże pod względem kontaktów z rodziną? A jak Wasza rodzina postrzega Wasze wybory?

Te i wiele innych pytań, nawet związanych z podtrzymywaniem własnych tradycji, pojawiły się w czasie tej wycieczki. Fajnie więc, kiedy prócz zwiedzania ciekawych miejsc, uczymy się czegoś nowego o innych i o sobie.